ARTYKUŁY

13 Lut 2018

Zofia Stryjeńska w pięciu kąskach 

 

„Ciągle widzę dwa światy: ten, co mnie otacza, to jakieś ubogie rupiecie, marionetki zakurzone, wszystko nikłe, nieznośne, użytkowe, tymczasowe. Świat krzątających się rzemieślników. Ale gdzieś drugi jest świat przez szczeliny dostrzegalny – to kraje pasterskie o zielonym mchu, gaje mirtowe z bukolików Wergiliusza. Tam żyją sceny z waz greckich, szumią drzewa z gobelinów, złote od słońca…” 

czwartek, 8 marca 1934 r. 

Zofia Stryjeńska „Chleb prawie że powszedni. Kronika jednego życia”

 

 

 

1. Kolor to dźwięk, a warkocz nadaje rytm – co to za styl?

Żeby wymigać się od rozczłonkowywania dorobku Stryjeńskiej na kolejne warstwy ludowych spódnic i fałdy górzystej panoramy, zwykle podaje się, że w 1922 r. artystka zasiliła słynne stowarzyszenie o wymownej nazwie Rytm. Wbrew pozorom, zdanie wyjaśnia więcej, niż można się spodziewać, dlatego że opisuje sztukę raczej prostą w odbiorze – dekoracyjną, a nie uwikłaną w ponurą politykę, taką, której narracja sprowadza się częściej do nabierania wody ze studni niż do wątków niedzisiejszej literatury. Kwestia przekazu tych prac nie jest wobec tego zagadkowa do bólu głowy – istotniejsza jest ogólna witalność, pulsująca miarowo gamą żywych barw, w rytm falujących plis spódnic, grubego splotu warkocza, nurtu wodospadu.

Rytmizacja jest więc zabiegiem celowym, polegającym na układaniu pewnych elementów w harmonijną, trochę kanciastą mozaikę – tak jak w rzeźbach Henryka Kuny, których włosy tworzą czasem równy od linijki szlaczek, a fałdy tkanin łamią się jedna pod drugą, mniej naturalnie, a bardziej seryjnie. Kuna w ten rytm wkomponowywał chłodne w wyrazie posągowe twarze, natomiast Stryjeńska po brzegi nasycała kompozycję rodzimym folklorem.

Ujęci jakby w zatrzymanych podskokach górale adorowali zarumienione pasterki przy studni czy rzece, a wiatr albo kipiący dynamizm nierzadko unosił słowiańskie warkocze, traktując je jak kolejne kolorowe wzory. Odbioru tej sztuki właściwie nie da się już skomplikować, chyba że w ostateczności sięgnie się do zapisów samej Stryjeńskiej, które zdradzają zamierzenia jeszcze bardziej synestetyczne – czyli odnoszące się na raz do kilku zmysłów, ale tak, że kolor wybrzmiewa jak dźwięk, a kompozycja jak cały utwór.

Każda płaszczyzna barwna jest równocześnie dźwiękiem geometrycznym – pisała artystka w dzienniku – Linia jest doliną międzydźwiękową. Tylko za pomocą odczytania „dozy” koloru i określania tonacji malarskiej może obraz odtworzony być symfonicznie…

 

Autorka tych słów sama też zresztą bywała pomiędzy – na monachijską akademię uczęszczała z konieczności jako Tadeusz Grzymała, co potwierdza nawet zdjęcie dowodu wpłaty, a będąc już w wieku emerytalnym, formalnie wciąż była młodsza o odjęte sobie w dokumentach sześć lat.

 

Na zdjęciu poniżej – odpis aktu urodzenia i dowód wniesienia opłaty na studia.

fot. „Chleb prawie że powszedni. Kronika jednego życia”, oprac. Magdalena Budzińska i Angelika Kuźniak

 

Zofia Stryjeńska „Scena rodzajowa przy potoku”, po 1930 r.

Praca wystawiona zostanie 22 lutego na aukcję w Desie Unicum

z ceną wywoławczą 65 tys. zł i estymacją 80-120 tys. zł. 

fot. Desa Unicum

 

 

 

2. Wkradam się do owej pani M., grzmocę ją – co to za życie?

O intensywnym, słodko-gorzkim życiu Zofii Stryjeńskiej można poczytać nie tylko w szczupłych biogramach, ale przede wszystkim w tłustych od ironicznego języka zapiskach jej dzienników. Lektura byłaby jednak milsza, gdyby wiadomo było, że momentami przykra fabuła nikomu się nie przydarzyła – Stryjeńska opisuje w niej rzeczywistość po drugiej stronie roztańczonych scen z góralkami, cierpką, niewygodną i targaną niezaspokojeniem na różnych polach. Dławiące przeczucie, że mąż ceni w niej wyłącznie zdolności plastyczne, podsycało w niej i tak szaleńczą zazdrość – prowadzącą do starć relacjonowanych słowami „grzmocę ją, ubieram w kilka drapaków na gębie i umykam”. Z Karolem Stryjeńskim, którego poślubiła na początku kariery, nie dzielili długo domowego ciepła – mąż uciekał przed artystką, której rozpacz miał wykrzyczeć rewolwer, a literatura podsumowała jej dwa pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Nieszczęście musiało być rozdzierające, bo nic nie było do końca spełnione, kiedy dzieci nie mogły przekraczać linii na podłodze, za którą artystka chciała pracować – ale pracowała, aż zostały same rysunki i obrazy, z których nie starczało nawet na rachunek za telefon.

 

Da capo al fine. Starabaniłam się z łoża po dziesiątej, już ani bielizny nie zmieniam, pościeli nie oblekam, bo mi się nie chce, nie myję się, drzwi na klucz zamykam, kitel nakładam, idę do rajzbretu rysować. Zimno na dworze. Deszcz kapie ze śniegiem. Nagle się aura zmieniła, akurat jak mam ciepłe łachy wyprzedane.

piątek, 25 maja 1934 r.

 

Da capo al fine pojawia się znowu w nawiązaniu do teorii muzyki – oznacza powtórzenie całego utworu od początku do końca albo do miejsca opisanego fine.

 

 

 

3. “Zapadnie bezpieniężne” – co dało się kupić?

31 stycznia, 1939 r.

2 pomarańcze0,60

2 autobusy 0,35

3 farby 4,50

kartony 5,00

Jaś 2,00

Jacek 2,00

jabłka 0,90

chałwa na deser 0,45

3 kina 4,00

———————

19,80

Na deser bywały też truskawki, a wśród rozrywek figurowały cyrk i ślizgawka. Z konieczności – rozbity klosz od lampy, 2 wieszadła, 3 rury, 3 tramwaje. Zofia Stryjeńska skrupulatnie notowała skromne wydatki, chociaż i tak notorycznie bywała zadłużona. Żeby wykupić jedne prace z zastawu, brała czasem zaliczki na poczet dzieł, które nie zdążyły w ogóle powstać, co i tak nie stanowiło nawet dolnej bazy w drodze na szczyt jej biznesowej pomysłowości. Jak podaje Angelika Kuźniak w „Stryjeńska. Diabli nadali”, mimo krępującego ubóstwa, nie ograniczała się w wizjach takich przedsięwzięć, jak nigdy nie powstałe biuro matrymonialne czy sklep, w którym w czasie wojny można byłoby kupić już obrane ziemniaki.

 

 

 

 

4. Szaleństwo bez metody – co było na końcu?

Koniec miał być niebieski, a był tylko samotny. Kiedy biogram artysty podaje, że odszedł w Genewie, najprościej sobie wyobrazić jakiś pocztówkowy szwajcarski pejzaż, w który stosownie wkomponowane jest białe sanatorium. Stryjeńska sypiała ze strachu albo w łazience, albo w tanim hotelowym pokoju, o ile w ogóle nie spędzała pustych nocy w kawiarni na dworcu. Wspomnieniami wracała do niebieskich oczu, które stanowiły nie tyle wyznacznik ideału apollińskiej urody, co po prostu surowy warunek jakiejkolwiek akceptacji z jej strony. W Szwajcarii chciała wymóc nawet sztuczną szczękę w błękicie – jak niebo nad góralkami i jak wzrok Stryjeńskiego, w którym udawało jej się odbić zdecydowanie zbyt rzadko.

 

 

 

 

5. …Co jest na rynku?

Przyglądając się aukcyjnej ofercie, nie da się nie zapytać, z czego wynikają ceny, skoro w tym samym domu aukcyjnym jedna praca licytowana będzie od 65 tys. zł, a druga od 1 tys. zł. Przeciętna cena wysupłana z poprzednich licytacji zdecydowanie nie daje żadnego wartościowego obrazu, bo jedyny parametr, jaki wskazuje na ożywienie tego rynku, to ilość samych transakcji – na wykresie poniżej. Uśrednianie jest w tym przypadku mylące, dlatego że aukcyjny rekord za pracę artystki padł w Agrze-Art na poziomie 132 tys. zł – za półtorametrowy obraz malowany temperą – podczas gdy znacząca większość podaży to powielane przedstawienia na papierze za kilka tysięcy złotych.

 

Przegląd wybranych prac z poszczególnych cyków pozwala przyjrzeć się cenom – Teka „Tańce polskie” z 1929 r. będzie licytowana 15 lutego od progu 3 tys. zł, pojedyncza tablica z „Mężczyzną w stroju ludowym z Polesia” od 1 tys. zł, podobnie jak „Kobieta w stroju kurpiowskim”. Wszystkie te przykłady z katalogu Desy Unicum opisane są jednak nie jako „tempera/płótno”, tylko:„pochoir ręcznie kolorowany gwaszem/papier” albo „rotograwiura/papier”, co najlepiej tłumaczy ich przystępne stawki.

 

  • Pochoir ręcznie kolorowany gwaszem – mowa o szablonie, ułatwiającym powielanie układu postaci, wykończonym gwaszem, czyli farbą przypominającą akwarelę, ale kryjącą z uwagi na dodatek kredy.
  • Rotograwiura – przemysłowa metoda druku umożliwiająca wyższe nakłady, stosowana m.in. do druku banknotów, czasopism, pocztowych znaczków. Z uwagi na charakter techniki, pozwalający powielać kompozycję bez udziału autora, ceny takich grafik zawsze będą istotnie odstawać od prac jednostkowych, malarskich.

 

 

 

 

 

Teka „Tańce polskie” z 1929 r.

 

„Mężczyzną w stroju ludowym z Polesia” – tablica nr 29, 1939 r. 

 

 

„Kobieta w stroju kurpiowskim” – tablica nr 31, 1939 r.fot. Desa Unicum

 

 

 

 

Ilość aukcyjnych transakcji na rynku prac Zofii Stryjeńskiej, wg. Artprice

 

 

Do biblioteki:

Zofia Stryjeńska “Chleb prawie że powszedni. Kronika jednego życia”

“Stryjeńska. Diabli nadali”

 

wiera

Alternatywne.pl

Alternatywne.pl