ARTYKUŁY

24 Sty 2019

Felieton z Arles: Niech żyje Rousseau, czyli bal u Picassa 

AGNIESZKA KIJAS // Henri Rousseau ma sześćdziesiąt cztery lata. Jest niewysoki, szczupły z siwą brodą, a przy tym dość nieśmiały. Nie przeszkadza mu to jednak odezwać się do Pabla Picassa – króla paryskiej cyganerii – tymi słowami: ”My dwaj jesteśmy największymi malarzami naszych czasów, ja w stylu nowoczesnym, ty w stylu egipskim”. Co robi Pablo? Uśmiecha się chytrze i wydaje bankiet na cześć mistrza Rousseau i trzeba przyznać, że ta impreza zapisała się wielkimi literami w antologii zdarzeń artystycznych XX wieku. 

 

Niech żyje Rousseau, czyli bal u Picassa

 

Picasso przyjechał do Paryża w 1900 roku. Miał 19 lat, puste kieszenie i głowę pełną pomysłów. Zamieszkał w ciasnej pracowni mieszczącej się w legendarnej artystycznej willi Bateau-Lavoire na szczycie osławionego wzgórza Montmartre. Tak po prawdzie, to miejsce miało niewiele wspólnego z willą – zagrzybione ściany, odrapane tapety i tabuny kurzu. Malarz klepał biedę, a jego obrazy, choć docenione przez krytyków, sprzedawały się za śmieszne pieniądze. Aż zdarzył się cud! Ceny prac Pabla poszybowały w górę, co znacznie podreperowało budżet artysty. A skoro są fundusze, jest impreza! I to jeszcze jaka! Ogromny bankiet na cześć malarza, którego Picasso uważał za swojego wielkiego poprzednika. Dodajmy, że malarz ten w kręgach paryskiej cyganerii uchodził za maskotkę i mało kto traktował go poważnie.

 

 

Celnik i jego dżungla

Jesteśmy w samym sercu egzotycznej dżungli. Tam, gdzie ryczy lew, a księżyc świeci przedziwnym, złotym blaskiem. To właśnie tu, wśród niespotykanej i bujnej roślinności, można natknąć się na zaklinaczkę węży i czarownika wygrywającego cichą, usypiającą melodię. Oto dżungla Henriego Rousseau – malarza, który był celnikiem. I tu dygresja – Rousseau nigdy nie pracował na granicy, tylko w budce na przedmieściach Paryża jako inkasent i pobierał drobne opłaty od przekupniów. Żartobliwy przydomek „Celnik” nadał mu Guillaume Apollinaire, awangardowy poeta polskiego pochodzenia, krytyk, a nade wszystko przyjaciel Pabla Picassa.

Rousseau malarstwem interesował się zawsze, ale dla dziecka wywodzącego się z biednej rodziny droga artystyczna była w zasadzie zamknięta. Na poważnie zaczął malować dopiero po czterdziestce, jednak w dalszym ciągu nie stać go było na lekcje malarstwa. Miał problemy z proporcją, nie radził sobie ze światłocieniem i perspektywą, skutkiem czego jego obrazy określano mianem naiwnych. Ponieważ nigdy nie pobierał nauk akademickich, sam musiał opracować szereg technik. Pracował warstwami. Przykładowo, gdy tworzył pejzaż, najpierw malował niebo, potem rośliny i dopiero na końcu powstawały postacie. Z kolei malując deszcz, sięgał po przeźroczysty lakier. 

 

 

 

 

Śmiech na sali

Pewnego dnia Rousseau przeczytał o wielkiej wystawie sztuki – oficjalnym Salonie. Zamarzył, by tam zaprezentować swoje prace.  Niewiele myśląc zapakował cztery swoje obrazy na drewniany wózek-dwukółkę i ciągnął go przez ulice Paryża aż pod drzwi pawilonu. Jako artysta-samouk, który nie miał pojęcia o technice malarskiej, bardzo chciał poznać zdanie ekspertów. Werdykt okazał się miażdżący. Znawcy orzekli, że obrazy Rousseau wyglądają tak, jakby zamknął oczy i malował je… stopami. Jeden z krytyków napisał w swojej recenzji: „Jeżeli masz ochotę na ubaw po pachy idź zobaczyć obrazy Rousseau”. Później malarz jeszcze wiele razy wystawiał swoje prace na Salonach Niezależnych i regularnie były one wyszydzane przez krytyków i publiczność.

Mimo tylu cierpkich słów Henri nie porzucił malarstwa. Spod jego pędzla wychodziły kolejne dzikie lwy i tygrysy, egzotyczne ptaki oraz niestworzone, bajkowe postacie, a to wszystko na tle bujnej roślinności. Rozbawiony całą sytuacją poeta Apollinaire, rozgłosił wszem i wobec, że inspiracje do swoich obrazów Rousseau czerpie z wyprawy do meksykańskiej dżungli. Z tym, że Meksyk to fikcja. Rousseau był biedny jak mysz kościelna i w życiu nie wyściubił nosa poza Paryż. Niemniej jednak plotki o swoich sukcesach militarnych w Meksyku nigdy nie zdementował. Lubił być w centrum uwagi i  bajeczka Apollinaire’a była mu bardzo na rękę. Pytanie brzmi: jakim cudem ten dobrotliwy i mało rozgarnięty urzędnik paryskiej skarbówki, tak wiernie odwzorował tropikalną faunę i florę? Prawda jest taka, że nie odwzorował. Wymyślił. 

Swoją egzotyczną dżunglę Rousseau zaczerpnął z paryskiego zoo i ogrodu botanicznego. Spędzał tam wiele godzin, szkicując zwierzęta, ogromne palmy i kwiaty. Uważny obserwator dostrzeże, że gigantyczne rośliny do złudzenia przypominają te doniczkowe. Są tylko kilkadziesiąt razy większe. Próżno ich szukać w atlasach przyrodniczych. Źródłem malarstwa Rousseau była jego wyobraźnia. To dzięki niej stworzył  egzotyczną dżunglę, w dodatku znacznie barwniejszą i piękniejszą niż była ona w rzeczywistości.

 

 

 

 

W hołdzie czy dla żartu? 

Picasso wypatrzył go na  straganie. Leżał na chodniku wśród tanich pamiątek i staroci. A ponieważ Pablo na sztuce się znał, bez wahania wyciągnął portfel i za 5 franków dobił targu. Tak oto wszedł w posiadanie pierwszego obrazu Henriego Rousseau. Był nim portret kobiety, jednak tak do końca nie wiadomo, kogo przedstawiał. Jedne źródła mówią, że Rousseau sportretował Jadwigę – polską studentkę, inne, że do obrazu pozwała modelka Klementyna. Pewne jest jedynie to, że osiem lat później, właśnie pod tym płótnem, członkowie paryskiej awangardy wznosili toasty na cześć wielkiego Henriego Rousseau. Trzeba przyznać, że był to przedziwny hołd, niemniej jednak to właśnie za sprawą rautu u Picassa, Celnik Rousseau zyskał rozgłos, o jakim zawsze marzył.

Bankiet u Picassa od początku wzbudzał kontrowersje. Głównie za sprawą osoby honorowego gościa. Stary i poczciwy Rousseau od lat był przedmiotem drwin w kręgu paryskiej cyganerii. Słynął ze swojej łatwowierności, a jego nieudolne obrazy były równie naiwne jak i on sam. Z kolei organizator przyjęcia znany był ze swojej prześmiewczej natury i słynął z tego, że potrafił drwić z kamienną twarzą. Z tych powodów zaproszeni goście byli święcie przekonani, że uczestniczą w kolejnym złośliwym dowcipie Picassa. Sam Pablo nie zamierzał nikogo wyprowadzać z błędu – jego zdaniem, jeżeli goście źle zrozumieli intencje bankietu, tym gorzej dla nich. 

 

 

 

 

Na ostatni guzik 

To miał być bal, jakiego jeszcze nie było! Uroczystość poprzedziło wielkie sprzątanie. Z pracowni Picassa usunięto meble, a portret Jadwigi, tudzież Klementyny, zawisnął w centralnym miejscu pokoju. Ściany ozdobiły girlandy oraz szarfa z napisem „NIECH ŻYJE ROUSSEAU!”. Pod nią, na prowizorycznej scenie ze starych desek, ustawiono krzesło – tron dla sędziwego artysty. Specjalnie na tę okazję Picasso postarał się o okazałe menu oraz wypożyczył elegancką zastawę i sztućce.

Problemy zaczęły się już na starcie. Catering spóźniał się o kilka godzin. Nagle, Pablo zaklął parszywie pod nosem, złapał się za głowę i zakrzyknął: „Pomyliłem dzień!”.  Zdał sobie sprawę, że błędnie określił datę dostawy i w efekcie zamówione jedzenie dotarło na miejsce dwa dni później. Cóż było robić: ukochana Picassa, Fernanda Olivier, do ostatniej chwili uwijała się w kuchni, a co życzliwsi goście rozpierzchli się po okolicznych sklepach, kupując, co popadnie. Pozostali uczestnicy raczyli się trunkami, na tyle mocnymi, że zdążyli się wstawić jeszcze przed przybyciem bohatera wieczoru.

 

 

Niech żyje Rousseau! 

Punktualnie o 18:00 w drzwiach stanął Henri Rousseau. Zebrani przywitali go gromkimi brawami, wznosząc raz po raz wiwaty na cześć starego malarza. Jako pierwszy przemówił poeta Maurice Cremnitz:

„Oto jest obraz ci ten
Owego Rousseau który
Swym pędzlem znakomitym
Ujarzmia piękno natury!”

Jednocześnie Georges Braque wygrywał na harmonijce skoczną melodię, w rytm której  Ramón Pichot – impresjonista i przyjaciel Picassa – wywijał na parkiecie młynki stylizowane hiszpańskim tańcem. Całość wyglądała dość groteskowo. I wtedy właśnie odezwał się Apollinaire:

 

„Wspominasz Rousseau, aztecki pejzaż  
Lasy, gdzie rosły mango i ananasy  
Lub rozkrawane przez małpy kawony
I blond cesarza co tam został zastrzelony.
Zeszliśmy się, żeby sławić twoje zdrowie,
I oto Picasso na twe szczęście pije.
Wznieśmy w górę kielichy, panowie!
Niech żyje Rousseau! Rousseau niech żyje!”

 

Oczywiście, te wszystkie zachwyty podszyte były kpiną, ale poczciwy Henri nie dostrzegał sarkazmu. Upojony szczęściem i alkoholem, przysypiał pomiędzy jednym toastem, a drugim. Ku uciesze gości, z ustawionej na lampionie świeczki kapał wosk, tworząc na czole śpiącego Celnika uroczy stożek ze stearyny. Tego wieczoru barwnych incydentów było znacznie więcej – ktoś zainscenizował atak delirium (w dodatku tak wiarygodnie, że niektórzy goście dali się nabrać), ktoś zjadł kapelusz(!), ktoś mimochodem wpuścił do środka tłum nieproszonych gości, a zachwycony Rousseau zaśpiewał swoją ulubioną piosenkę „Ajajaj, jak mnie zęby bolą”, akompaniując sobie przy tym na skrzypeczkach. Zabawa trwała do białego rana.

Czy Picasso chciał oddać cześć człowiekowi, którego cenił, czy też po prostu okrutnie z niego zadrwił? Nie wiadomo. Pewne jest jedno – tego wieczoru Henri Rousseau, naiwny malarz-samouk, przeżył najpiękniejsze chwile swojego życia.

 

 

 

 

Epitafium napisane kredą

Naga, ponętna kobieta leży na wyściełanej kanapie ustawionej w samym sercu dzikiej dżungli. To Jadwiga, polska przyjaciółka malarza. Jej skóra, jej włosy – wszystko lśni złotym blaskiem. Paradoksalnie, za ten blask odpowiada księżyc, który raczej kojarzony jest ze srebrnym, a nie złotym światłem. To bez znaczenia – w dżungli Rousseau obowiązują inne zasady. Rośliny i zwierzęta też są jakby z innego, baśniowego świata. I jeszcze ten grajek. Jaka jest jego rola? Na to pytanie odpowiedział sam Henri Rousseau, który dołączył do obrazu taki oto poemacik:

Jadwiga w pięknym śnie
słodko zasnęła
słuchając dźwięków fujarki
które wygrywał czarownik bardzo myślący.
Kiedy księżyc połyskiwał
na kwiatach, na zieleniących się drzewach,
dzikie węże wsłuchiwały się
w radosne melodie instrumentu.

 

„Sen” to było niezwykłe dzieło. Obraz trafił na wystawę, a malarz z niepokojem oczekiwał na ocenę. Po wszystkim Apollinaire, który zawsze podchodził do prac Celnika z ironicznym pobłażaniem, zdobył się na piękny gest i tak napisał o reakcji, jaką wzbudził obraz: “Nie sądzę, żeby ktoś się śmiał tego lata”. Oczywiście nawiązywał do salwy szalonego śmiechu, jaką wywołały płótna Rousseau na Salonie Niezależnych w roku 1907. Można by więc sądzić, że tym razem historia niedocenianego malarza miała szczęśliwy finał. Niestety, los chciał inaczej. Parę miesięcy później artysta już nie żył.

Owszem, szacunek jakiego doczekał się Rousseau u schyłku życia, był dla niego zwieńczeniem trwającej ponad 20 lat walki o uznanie, ale w ślad za rozgłosem nie szły pieniądze. Żył do końca swych dni w straszliwej nędzy. Zmarł z powodu gangreny, jaka wdała się w niezagojoną ranę na nodze. Został pochowany w zbiorowym grobie dla ubogich. Wszystkie obrazy, nad którymi pracował, poszły na spłatę długów, jakie zaciągnął. Umarł bez grosza przy duszy. W samotności. Tylko dzięki staraniom  Roberta Delaunay’a udało się przenieść zwłoki artysty do oddzielnego grobu. Na zakupionym rok po śmierci malarza kamiennym nagrobku, Apollinaire napisał kredą swoje słynne epitafium:

 

„Żegnamy Cię Dobry Rousseau
na pewno słyszysz nas
Delauney’a, jego żonę, Pana Quaval i mnie
pozwól naszym bagażom przekroczyć bramy nieba bez cła
Przyniesiemy Ci pędzle farby i płótno
abyś mógł spędzać swe święte nieróbstwo w promieniach prawdy
Malując jak niegdyś namalowałeś mój portret twarzą w twarz z gwiazdami.”

Dopiero po kilku latach ten odręczny napis został wykuty na kamieniu, utrwalając na zawsze pamięć o Celniku Rousseau, jednym z najbardziej utalentowanych artystów-samouków w całej historii malarstwa.

 

Agnieszka Kijas

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

wiera

Alternatywne.pl

Alternatywne.pl