ARTYKUŁY

28 Mar 2018

Tytus Dzieduszycki-Sas: sztuka ożyje, gdy podejdziesz bliżej 

Ucichnie, a kolorowe światła wygasną, kiedy się odsuniesz, przestaniesz patrzeć. Sztuka ożywiona nie była jak raz wprawione w ruch wahadło czy dzieło brzęczące od przypadku – paryska publiczność milkła w jej obliczu albo iskrzyła, stykając się z najczystszym przełomem, a jednocześnie z końcem dramatycznie przeciętej drogi.

 

Nie wiadomo, dokąd jeszcze Tytus Dzieduszycki-Sas (1934-1973) porwałby tę koncepcję w wartkim prądzie swoich idei – mamy do dzisiejszego kulejącego odbioru to, co pozostało i zamyka w sobie całą niepojętą zmianę epok. Utykamy niezdarnie, bo możemy wyjść z wystawy w ospałej niewiedzy, że nieruchome rysunki tuszem miały swoje cybernetyczne, ożywione realizacje, a powyginane pręciki niemej pracy w rogu bzyczały metalicznie, kiedy ktoś do nich podszedł. Gorączkowe tętno końca lat 60. czeka uśpione w stołecznej Piękna Gallery, jeszcze przez pierwsze tygodnie wiosny.

 

 

Wystawa „Malarstwo materii” w Piękna Gallery trwa od 9 marca

 

 

 

Spis treści

 

Pocztątek

Kurtyna w górę

Łóżko beznogie

Sztuka ożywiona

Kiedy odszedł, zamarły

Auroville 

 

 

 

 

Tytus Dzieduszycki-Sas, asamblaż bez tytułu, 1965 r., 69 x 44,5 x 10,5 cm

 

 

 

 

 

 

 

Pocztątek 

 

Przy kolacji dyskutowali językiem prawie niezrozumiałym dla przechodniów – André Breton słuchał, jak przebrzmiały musiał być już surrealizm, drażnienie burżuazyjnego oka, samo szokowanie, oklejanie futrem filiżanek. Tytus Dzieduszycki-Sas wyczuwał, że już trzeba było wymyślić inną drogę ekspresji, poszukać czegoś prawdziwszego i surowszego, niepłaskiego. Od początku wszystko rysował – zanim rozpoczął projekty asamblaży, ciągle przerzucał kartki i szkicował nawet na skrawkach, łapał gesty i ulotne grymasy, zatrzymywał pejzaże, architekturę z każdym jej niezbędnym drobiazgiem.

– Żeby obronić dyplom na akademii w Paryżu, trzeba było przedstawić sześć olbrzymich panneaux,  wielkoformatowych rysunków, które nakładem pracy przerastały wielu studentów, nawet zdolnych architektów. Wynajęliśmy wtedy piwnicę i byliśmy grupą rysowania dyplomów dla akademii paryskiej – zrobiliśmy sześć, bardzo dobrze się przy tym bawiliśmy. Dla Tytusa rysunki nie stanowiły żadnego kłopotu, w restauracji zawsze portretował kogoś, kto siedział obok, to było dla niego naturalne, zbyt łatwe, dlatego nie ciekawiło go to. Musiał wymyślić coś innego, bo szkic, nad którym ktoś inny musiałby się skupić, był dla niego jak nic – wspomina żona artysty Barbara Dzieduszycka-Sas, zatrzymując wzrok na wyważonym pejzażu z Bretanii, który nakreślił w drodze, kiedy prowadziła samochód.

 

 

 

 

Tytus Dzieduszycki-Sas, asamblaż „Ludzik”, 1967 r., 30 x 30 x 5 cm

Kurtyna w górę 

 

Kreska posłusznie zachowywała na kartce wszystko, co chciał uchwycić, dlatego potrzebne było dzieło bardziej rozbudowane, przestrzenne, które miało fakturę i wydobywało materię, gładkość i chropowatość. Dzisiaj ciężkie, surowe asamblaże mogą wyglądać w galerii na zastygłe w swoich pomarszczonych warstwach ciemnej farby, ale niezmiennie jest w nich pewna teatralność – nie figura, ale coś, co występuje na pierwszym planie, ciągle skupia na sobie uwagę.

Tytus jako człowiek był niesamowicie teatralny i uważam, że to się widzi w jego pracach, mimo że wykonywał je z własnej potrzeby, nie myśląc nawet o odbiorcach czy wystawach. Niektóre były olbrzymie i bardzo skomplikowane, chociaż powstawały w naszym studenckim pokoju, nie większym od zaplecza galerii, w której teraz trwa wystawa. Siedziałam na łóżku z podkurczonymi nogami, w tym ostrym zapachu klejów, jak on piłował, konstruował, ciągle miał potrzebę nowej drogi ekspresji. Mimo że sztuka nie powstawała dla szerokiego odbioru, sam nie krępował się dla własnej rozrywki występować przed publicznością – niedzielami zaglądał do kawiarni La Méthode przy Place de la Contrescarpe, w której dla zabawy popisywali się młodzi aktorzy, każdy poeta mógł wyrecytować wiersz. Tytus prezentował tam nawet całe spektakle, przez pełne popołudnie grając na fortepianie, tańcząc po kozacku, śpiewając i rysując jednocześnie na bibułkach portrety tych, którzy się przyglądali. Siedziałam z tyłu kawiarni, bardzo nieśmiała – podobało mi się to, ale trochę mnie straszyło – opowiada Barbara Dzieduszycka-Sas, wskazując na „Ludzika” (zdj. powyżej), pracę z okładki folderu wystawy.

Asamblaż zatytułowany w ten sposób powstał z falistej tektury, drewna i metalu, z teatralnym aktorem występującym w środku dla niej – nie chciała, żeby był głęboko czarny czy ponuro brązowy, tylko w ulubionym kolorze, zielonym.

 

 

 

 

 

Tytus Dzieduszycki-Sas, asamblaż bez tytułu, 1965 r., 97,5 x 48 x 8 cm

 

Łóżko beznogie

 

Lubił ziemię – ziemistą fakturę, mineralność – ale materia, którą wydobywał, nie zawsze musiała być tak szorstko naturalna. Niektóre asamblaże mają w sobie miękkość ludzkich włosów czy tkanin, inne – jakby czyściejsze i elegantsze – pozwalają układać się światłu na obłych zagięciach w szlachetnym drewnie, starannych i wypolerowanych. Na najmniej zagospodarowanej ścianie galerii, snopy z lamp padają właśnie na asamblaż z frezowanym półkolem, schludnie wyciętymi otworami i rzędem tralek, których tłusty połysk każe zadać pytanie, czy artysta użył gotowych przedmiotów czy wykonywał je sam.

To są nogi łóżka, ale gdyby ich nie znalazł, musiałby podobny element wyrzeźbić, bo asamblaże zawsze miały przemyślaną strukturę, co widać zresztą na poprzedzających je rysunkach. W jednej z wystawianych prac jest sprasowany mój słomkowy kapelusz, innym razem zaciekawiła go koronka mojej sukienki, dlatego chciał nawet odciąć rękaw, żeby ją gdzieś przykleić. Wieczorem, wracając z kina piechotą, patrzyliśmy, co ludzie wyrzucają, szukając odpowiedniej faktury, formy – wyjaśnia Barbara Dzieduszycka-Sas, otwierając jednak kolejną zagadkę, czy kontekst osławionego dadaistycznego ready-made byłby w tym przypadku trafiony.

Już nie – dla artysty poszukującego nowej formy ekspresji, sama przestarzała koncepcja byłaby dławiącą nudą, o czym wiadomo po lekturze jego recenzji jednej z paryskich wystaw, którą w swoim opracowaniu przytacza Piotr Majewski. Tytus Dzieduszycki-Sas pisał wtedy o dorobku młodego autora Tumarkina: Nie ma tu epatowania widza prymitywnymi środkami, jakimi są przedmioty znane z codziennej rzeczywistości, lecz zestawione w pewnym nowym kontekście. Nie chodziło więc o to, żeby ktoś w tym asamblażu wychwycił nogi mebli czy nakrycie głowy – one wślizgnęły się w wymiar dzieła i będą żyły w nim bez końca, ale tylko dzięki temu, że miały odpowiednie faktury czy szczęśliwie pasujące formy.

 

 

 

Tytus Dzieduszycki-Sas, asamblaż bez tytułu, 1963 r., 44,5 x 28 x 5 cm 

 

Tytus Dzieduszycki-Sas, praca bez tytułu, prawdopodobnie 1967 r., akwarela, tusz, gwasz, 31,9 x 24 cm 

 

 

Sztuka ożywiona

 

Przez okna Piękna Gallery przedziera się szarpany ulicznym rytmem Plac Konstytucji z całym nieporządkiem dźwięków drogowych skrzyżowań – stłumiony zgiełk, a w nim uśpione rysunki i eksperymentalne prace, z których jedna nie tylko ruszała się kiedyś, bzycząc czy świecąc lampkami, ale ożywała, kiedy ktoś bliżej podszedł.

Na ścianie pozostał lazurowo-rdzawy rysunek (zdj. powyżej), jakby szkic mechanizmu – dla kolekcjonera to wartościowa, barwna praca artysty, ale w rzeczywistości w ramie oprawiony jest projekt, który, zrealizowany w bieli i pozbawiony obecnie mechanizmu, przechowywany jest pod Paryżem. Na górze do skrzyneczki z elektroniką podczepiona była chochla, a od niej odchodziły cieniutkie druciki – jak się podchodziło, zaczynały drgać, rozlegał się cichy dźwięk i zapalało światełko. Kiedy się odeszło, wszystko uspokajało się do statycznej ciszy. Za mechaniczną stronę, która musiała być całkowicie podporządkowana artystycznemu projektowi, odpowiadał elektronik Kay Turkiewicz.

Pierwszy zelektronizowany przy jego udziale projekt wisi właśnie w warszawskiej galerii (zdj. powyżej rysunku), niemo przywodząc na myśl instrument, chociaż nie ma już mechanizmu. Jak wspomina żona artysty, kiedy ktoś zbliżył się do obrazu, patyczki zaczynały się poruszać, wydając dźwięki – w 1968 r. rozlegały się delikatnie na Polach Elizejskich, w ogólnej wrzawie wystawy.

 

 

 

 

Tytus Dzieduszycki-Sas, Mur Vivant – fotografia sali ekspozycyjnej w Grand Palais z Paryżu 1969 r.
(zdj. z katalogu “Tytus Dzieduszycki-Sas 1034-1973”, red. Piotr Majewski)

 

 

Kiedy odszedł, zamarły

 

Praca w rogu sali z pręcikami jest w pewnym sensie w progu, za którym białym światłem zaczynała  już pulsować nowa epoka wielkich przeszkleń i geometrycznej prostoty, z którą nastała zupełnie inna moda. Realizacja prezentowana na wystawie w Grand Palais we wrześniu 1969 r. miała już całkowicie odmienną formę – była sztuką ożywioną, ale srebrzyście nowoczesną, rozświetlającą wnętrze na różne kolory.

Ruch był zawsze spowodowany kimś – kiedy ktoś podszedł do tej instalacji, cieniutkie druciki w rurach cicho bzyczały, najpierw zapalało się białe światło, później niebieskie, które przechodziło w fiolety… Kiedy odchodził, wszystko się uspokajało. Kartonowe rury, które kupowaliśmy w sklepie, były wysrebrzone, żeby wyglądały na metal, bo to był prototyp. W 1972 r. nawiązaliśmy kontakt z firmą od instalacji metalowych, która miała realizować te Murs Vivants – ściany ożywione – i mniejsze dzieła cybernetyczne według szkiców i makiet Tytusa. Niestety, to nie doszło do skutku – opowiada Barbara Dzieduszycka-Sas, rozsuwając w dłoniach czarno-białe fotografie różnych projektów. Na jednym widać moduły ścian z metalu, w których wycięte na kształt ziarna płaty przekręcały się, kiedy ludzie się przybliżali. Na innych – metrowe panneaux z białego skaju z łagodniejszymi i ostrzejszymi wybrzuszeniami, tajemniczymi górami, których przeznaczenie trudno od razu odgadnąć.

To zdjęcia zrobione w momencie montażu, z nich był zrobiony cały sufit w nocym klubie. Z tyłu znowu były podczepione chochle – podobała nam się ich forma, były różnej wielkości, nawet takie ogromne, używane w gastronomii. Poruszały się, a sufit tańczył w rytm muzyki – falowały, kiedy była powolna, a skakały do rock&rolla – wspomina żona artysty – Tytus wiedział, jaki to był przełom, szalenie bawiło go to.

 

 

 

 

 


 

 

Auroville

 

Tytus Dzieduszycki-Sas odszedł nagle, ulegając wypadkowi samochodowemu, pierwszego dnia wiosny 1973 r. Pozostawił ożywioną sztukę, stosy niezliczonych szkiców jej mechanizmów, asamblaże, mnóstwo rysunków z różnych epok jego życia, ale także projekt miasta, które do dzisiaj w pewnych zarysach poświadcza tamten movement, rozruch od środka, widoczny w jego rysunkach i obrazach.

W weekendy jeździliśmy do pracowni na strychu zamku architekta Rogee Auge, który miał misję zbudowania nowego miasta eksperymentalnego w Indiach w okolicy Pondicherry (dawniejszy Kontuar Francuski). Promotorem tego miasta był aszram filozoficzny prowadzony wtedy przez Francuzkę. Miało to być miasto międzynarodowe, powstałe kompletnie od podstaw, na zupełnie gołej przestrzeni. W 1968 r. pojechaliśmy tam z projektami i olbrzymią makietą różnych struktur, osiedli rozrastających się wokół centrum, które stanowił matrymander. Spędziliśmy tam luty i marzec, Tytus zaprojektował całą dzielnicę, ale wolał wracać i malować w Paryżu. Wtedy było tam pustkowie, dzisiaj drzewa są już bardzo wysokie – opowiada Barbara Dzieduszycka-Sas, patrząc czasami na miasto widziane niezawodnym okiem internetu.

W archiwach Auroville zostały jasnoszare fotografie z uroczystej inauguracji, podczas której w wytyczonym centrum umieszczono urnę w kształcie kwiatu lotosu, pełną ziemi przywiezionej osobno z 124 krajów. Z Polski ziemię w woreczku przywiozły dwie krakowianki. Z tego środka miał się rozwijać galaktyczny plan miasta – kolejny mechanizm ożywionej sztuki, zatartej później przez narastającą siatkę ulic, budynków od przypadku i koron drzew, które, jak zwykle, niczego nie zapamiętały.

 

 

 

 

 

Barbara Dzieduszycka-Sas podczas wernisażu w Piękna Galleryfot. Adam Gut

 

 

Katalog pod red. Piotra Majewskiego

 

 

 

 

 

fot. Piękna Gallery Auction House, https://www.auroville.org

 

 

wiera

Alternatywne.pl

Alternatywne.pl