ARTYKUŁY

28 Paź 2019

Rynek sztuki komentowała dla Państwa: Pchła Szachrajka 

Rynek sztuki / Weronika A. Kosmala / 28.10.2019 / czas czytania: 8 min.

 

Chcecie bajki? Oto bajka: rynek sztuki traci cierpliwość – kiedy wreszcie ukoi go bohater w bladym ciele i garniturze inwestycyjnego analityka? Dzieła poukładałyby się w szeregi statystyczne z wdzięcznością potulnych służbistów, aż ze zmielonej masy notowań wyklarowałby się przejrzysty trend, wykres rosnący jak po odżywce. Czas na defiladę pod dyktando gorliwego doradcy aktywów – para-buch, kłamstwa w ruch!

 

Kłamstwo nr 1: Panie i Panowie, koniec żartów z popytem i podażą

O ile przyjmiemy, że mechanizm popytowo-podażowy ma nie być miękkim owocem fantazji, tylko sztywnym prawidłem z podręcznika ekonomii, żarty dopiero się zaczną. Podtykanie inwestorom nagłówków pokroju „nienasycony popyt na malarstwo” prowadzić może do groteskowego finału, dlatego że aukcyjne wyniki bywają przewrotne jak kobiece nastroje: kiedy rosną średnie ceny, nie wiadomo, czy w rzeczywistości decyduje o tym podaż, czy apetyt.
Gdyby dzieła były akcjami spółek, natężone zakupy świadczyłyby najpewniej  o zapotrzebowaniu na udziały – ale nie są, a popyt ożywia się i przygasa tylko w ścisłym związku z jakością podaży, a więc walorami konkretnej rzeźby, szkicu czy obrazu.
Kiedy w aukcyjnym katalogu przebierają nogami lichszej kondycji konie Kossaka, popyt odpowiada zwykle przeciętniejszymi cenami, natomiast kiedy szarża odmalowana jest co do śnieżnej warstewki u kopyta – tabela rekordów pęcznieje.

Średnia cena konnych ułanów nie świadczy wobec tego wyłącznie o tym, czy rynek jest ich złakniony, bo zależy również od tego, czy do obiegu w badanym okresie trafi malowidło, czy arcydzieło. Tropiąc przy tym zamglone krzywe podaży i popytu, warto pamiętać o tzw. paradoksie Velbena, bo skłonność do wydatków na dzieła wcale nie maleje ze wzrostem ich ceny – na wieść, że niezrozumiały dotąd kwadrat na płótnie zdrożeje, abstrakcja natychmiast przestaje kojarzyć się z bólem oczu zwiastującym migrenę.

 

 

Kłamstwo nr 2: Obrót wzrósł o sto pięć procent, wypijmy za hossę

Uczepiwszy się kwadratu – dla jednych suchej geometrii, dla innych osiągnięcia awangardy – czas rozpracować przykładowy wniosek: na rynku prac Henryka Stażewskiego odnotowano w 2018 r. najwyższy aukcyjny obrót w historii. Wyłączając z próby przystępniejsze cenowo grafiki, tęgie dane wskazywałyby, że suma cen młotkowych zbliżyła się do 4,4 mln zł, a przeciętny obraz czy relief licytowano do ponad 155 tys. zł bez transakcyjnych opłat – koncertowa hossa?

Może i owszem, ale – wracając do niewygodnego kontekstu papierów wartościowych – o sytuacji na rynku dzieł danego autora nie wolno rozprawiać wyłącznie jak o indeksie, nie przyglądając się każdemu z dzieł z osobna. Wystarczy, że uszczkniemy z tego tłustego obrotu wartość dwóch wylicytowanych jednego dnia reliefów, a średnia stopnieje poniżej 110 tys. zł, żeby po odjęciu ceny trzeciego obiektu spaść w okolice 90 tys. zł. Jeśli najcenniejsze na ubiegłorocznych aukcjach dzieło Stażewskiego kosztowało bez transakcyjnych opłat 950 tys. zł, roczny obrót bez trzech najdroższych prac skurczy się o ponad 50 proc. Wciąż nie jest mizerny, jednak o stabilnym popycie rzetelniej świadczą sprzedaże za kilkadziesiąt tysięcy złotych, a nie odświętne rekordy, przesączające się do mediów wraz z nowiną, że jest coraz drożej.

Wracając więc do wspomnianego wątłego modelu popytu i podaży, warto zastanowić się, do czego świadomość takiej zwyżki może prowadzić – skoro, zgodnie z efektem Velbena, rosnąca cena wzmaga zakupowy apetyt, budzi się też strona podażowa, a na rynek trafiać mogą coraz wybitniejsze obiekty.

Kiedy średnia dalej tyje od tej gorączki bez miary, część posiadaczy postanawia czekać na jeszcze dogodniejszy moment do sprzedania, podczas gdy przetrzebione już perełki w ofercie uzupełniać zaczynają dzieła uboższe w jakimś wymiarze – mniejsze, późniejsze, opracowane bez garbienia się nad każdym szczegółem do nieprzytomnego rana. Oczekiwania właścicieli względem uzyskanej ceny nie podlegają jednak korekcie, a jak w bezradnej statystyce pokazać, że niestosownie drogie okazuje się niekiedy dzieło stosunkowo kiepskie?

 

 

Kłamstwo nr 3: Dzieło jest tyle warte, ile zapłaci pani z końca sali

Gdyby w lokalnych aukcjach czynny udział brała Pchła Szachrajka, rynek pozostawiałby jej całkiem przepastne pole do brylowania, dlatego że w całym morzu czynników decydujących o cenie kluczowa jest kwestia nie do zmierzenia w Excelu.
O ile w dorobku autora można rozdzielić zwyczajowo cenniejsze malarstwo olejne od przykładowych szkiców pocztówkowych rozmiarów, jak również dzieła bardziej pionierskie od wtórnych i piętrzonych stertami, wyraźnie trudniej jest rozgraniczyć w tych kalkulacjach prace udane od słabszych. Przywołując niewyczerpany kontekst giełdy, to właśnie poprzez stwierdzenie przeszacowania obwieszcza się groźne przegrzanie – w przypadku obrazów nawet nie przystoi natomiast szepnąć, że rachunek za dzieło jest jakby za słony, choć zdarza się wytykać sytuacje odwrotne – prace jaskrawo niedocenione.

Czy ta niemierzalna lepszość niektórych obiektów jest tożsama z tzw. artystyczną wartością, czy może wystarczy sprowadzić ten czynnik do niepospolitości, rzadkości w obiegu? Czy obierać w tych szacunkach punkt widzenia kolekcjonerów?

Schludnie urodny i niewątpliwie rozchwytywany witkacowski portret sam autor mógłby określić wylizanym jak przez cielę, podczas gdy twarze zdeformowane, o niepokojąco szklących się oczach i spiczastych brodach – dla amatorów – bywały dla niego sztuką czystszą, niezależnie   od liczebności potencjalnego popytu. Ładne portrety o źrenicach jak sadzawki ewidentnie dominują ilościowo nad wizjami wyostrzonymi przez spożycie przeróżnych używek – nie są więc tak boleśnie rzadkie, jak opowiada się w inwestycyjnym kontekście, i na tym właśnie zasadza się ich rozpoznawalność, tym budzą chęć posiadania. Melodie, które już raz słyszeliśmy, zawsze będą się podobały i nie powinno to być esencją wstydliwego skrępowania – stukot końskich kopyt, rytm kwadratów, cisza z cienkich ust modelek o niezobowiązującym wzorku.

 

Weronika A. Kosmala

 

 

 

“Relief nr 19” Henryka Stażewskiego z 1969 r.
– wylicytowany w Desie Unicum w 2018 r. do 950 tys. zł.

 

 

Dane analizowane w artykule pochodzą z bazy transakcji Artprice.

fot. Desa Unicum

 

 

 

wiera

Alternatywne.pl

Alternatywne.pl