ARTYKUŁY

02 Mar 2018

Qi Baishi – jak zainwestować 5 tysięcy złotych 

Jak zainwestować 5 tysięcy zł i to w pracę najdroższego chińskiego artysty – mógłby pytać pierwszy akapit chudego poradnika o alternatywnych inwestycjach. Odpowiedź ukryła się co prawda niedaleko, bo w katalogu łódzkiego Rynku Sztuki, ale krótkowzroczne forsowanie wątków zarobkowych zdecydowanie mąciłoby obraz. Album drzeworytów, których autorem jest Qi Baishi, wystawiony zostanie na aukcję 3 marca – ale nie dla zaciętej spekulacji, tylko okoliczności wejścia w akwarelowy ekosystem motyli, kijanek i krabów, które na zachodnim rynku przebiły się właśnie przez próg 100 mln USD.

 

 

Qi Baishi (1864-1957)
Baishi mo miao (Pekin 1959) – Album 12 drzeworytów, 32,5 x 24 cm
Cena wywoławcza:  5 000 zł, estymacja:  5 500 – 7 500 zł 

 

 

W drugiej połowie grudnia branżowe media zagrzmiały: Qi Baishi pierwszym chińskim artystą, którego dzieło sprzedano na aukcji powyżej magnetyzującego progu 100 mln USD. W osłabionych juanach rachunek zbliżyłby się do zatrważającego miliarda, bo stawka za dwanaście pociągłych paneli (poniżej) z krajobrazem z 1925 r. wyniosła z opłatami niecałe 140 mln USD. Licytacja przebiegała we wnętrzu pekińskiego Four Seasons, ale nikt z uczestników nie delektował się wystrojem, bo postąpienia dyktowane były przez telefon – co i tak pozwalało na śmiałe przypuszczenia, jakich rysów były twarze pod drugiej stronie. Imponująca stawka odnotowana przez Poly International Auction daje przede wszystkim wyobrażenie o skali azjatyckiego apetytu na twórczość rodzimych artystów, który podsycają jeszcze pikantne obietnice zysku w dłuższym czy krótszym terminie. Inwestor, który zdobył się na serię paneli z lokalną przyrodą, zapewnił ich autorowi miejsce w ciasnym gronie autorów takich jak Picasso, Warhol czy Vincent van Gogh, których prace wylicytowano powyżej niebotycznej poprzeczki 100 mln USD.

 

 

 

 

 

Rekord, którego nie było

Mimo że dwanaście oszczędnie zamalowanych rolek papieru ustanowiło na aukcyjnym rynku niewątpliwie poważny rekord, Qi Baishi ożywił prasowe notatki znacznie wcześniej, kiedy podczas licytacji odnotowano cenę 65 mln USD, ale pekiński China Guardian poinformował z żalem, że nikt jej nie zapłacił. Malowany szybkimi pociągnięciami tuszu tryptyk z orłem na gałęzi sosny zwrócił uwagę na problem zadziwiająco powszechnego rezygnowania z zakupów, dotykający rynek chińskiej sztuki. Według danych Artnetu i China Association of Auctioneers, w 2016 r. zaledwie 51 proc. zwycięzców aukcji rzeczywiście kupiła obiekt – a to wynik jeszcze gorszy od poprzedniego roku, w którym niecałe dwie trzecie licytujących zachowywały konsekwencję.

 

 

To 5 tysięcy czy milionów?

Inwestor, który w 2000 r. zainwestował w pracę Qi Baishiego osiągnąłby teraz przeciętny zwrot 856 proc., obwieszcza Artprice, zestawiając ostre zęby wykresu z marną w tym zestawieniu linią S&P 500. Odpowiedzialny za tak prężny cenowy skok jest bez wątpienia popyt z Państwa Środka, przy czym o potencjale inwestycyjnym decyduje nie tylko sam podpisany Qi Baishi, ale przede wszystkim zastosowana technika – unikatowy pejzaż na delikatnym papierowym zwoju może drożeć bezgranicznie, podczas gdy serie druków nie potanieją, ale też nie odwzorują gwałtownego trendu. Analizując wszystkie aukcyjne transakcje od 2010 r., warto przyjrzeć się, jaki był najpopularniejszy przedział cenowy: prawie połowa akwarelowych prac wpadła w ramy 100-500 tys. USD, tymczasem 40,8 proc. grafik miało cenę od 100 do 500 USD – niezależnie, czy przedstawiały rozległą panoramę gór czy fragment stawu pełnego kijanek.

 

 

Qi Baishi, z wystawionego albumu 12 drzeworytów, Rynek Sztuki

 

 

Portrety krewetek

Jako dwudziestoparolatek Qi Baishi jeszcze nie pisał ani nie czytał, dlatego o dojrzałym etapie jego twórczości mówi się w kontekście prac, które wykonał mając ponad 50 lat. Po ciągnącym się okresie pracy cieśli, która miała mu pozwolić na wydźwignięcie się z biedy, artysta rozpoczął uważną naukę malarskiego warsztatu – żmudnej techniki gonghi, po którą ostatecznie w ogóle nie sięgał jako rozwinięty autor. Pod obco brzmiącą nazwą kryją się tajniki precyzyjnego realistycznego odwzorowywania rzeczywistości, które Qi Baishi porzucił dla gatunku xieyi, czyli bardziej ekspresyjnej metody pozwalającej na oddanie jakiejkolwiek wizji. Nie chłonąc również wzorów z Zachodu, zdefiniował w pewnym sensie sztukę, mówiąc, że obrazy muszą być jakoś pomiędzy – i podobne, i różne od przedstawianego obiektu.

Formuła, na której zasadza się cała istota artystycznych walorów, w jego przypadku nie była jednak rozbudowana, tylko uderzająco skromna i uproszczona do tego stopnia, że cała sadzawka kijanek to tak naprawdę dwa czarne zarysy żab w otoczeniu paru zarysowanych tuszem przecinków. Oszczędność środków przypomina w tym malarstwie eleganckie matematyczne wzory – skracane na tablicy z zawiłych formuł aż do genialnego układu niezbędnych znaków, wystarczających za uniwersalny opis jakiegoś procesu. W tym przypadku procesy rozgrywają się na poziomie stóp i kostek – motyle przysiadają na pączkach, kraby zastygają w bezruchu, krewetki zacieśniają gromadę, ważka odlatuje, a ogon ryby lekko się zawija – bez tła i zbędnego detalu, jak w wierszu, który nie opisuje ckliwych uroków malowniczej toni, tylko prostych mieszkańców błotnistej sadzawki.

Jak przytaczał Chao-Wen, autor opracowania poświęconego dorobkowi malarza, Baishi potrafił niespodziewanie, podczas rozmowy ze studentem, skupić się na odbiciu sylwetki siedzącego nieopodal ptaka w płytkiej kałuży na ceglanej podłodze. Skoncentrowany na szukaniu ujęć malarskich, utrwalał zawsze jakiś wybrany kadr – jak doświadczony reżyser, widzący potencjał filmowej sceny w wydarzeniach tak prozaicznych, że pozornie pozbawionych najwątlejszej poetyki.

 

 

 

Qi Baishi mówił o sobie, jako o człowieku bogatym, posiadającym trzysta wyrytych przez siebie kamiennych pieczątek. Żałował, że nie przyszedł na świat trzy wieki wcześniej, bo wtedy mógłby chociaż przytrzymywać papier albo ucierać barwnik na jakiś atrament dla mistrzów, których ceni się dopiero teraz: To byłoby wspaniałe. Podejrzewam, że przyszłe pokolenia też będą podziwiać artystów tworzących obecnie, tak mocno, jak my podziwiamy dawnych. Szkoda, że tego nie zobaczę.

Z dwiema kobietami malarz miał łącznie czternaścioro dzieci, z czego pięcioro zajęło się malarstwem, ale tylko jeden – wzorując się na ojcu – w ogóle nie wzorował się na ojcu, robiąc swoje.

 

 

 

 

Qi Baishi, z wystawionego albumu 12 drzeworytów, Rynek Sztuki

 

 

fot. Rynek Sztuki, Poly International Auction

wiera

Alternatywne.pl

Alternatywne.pl